do przodu - do tyłu

Uh, oh. W końcu mam chwilę dłuższą (mam nadzieję), żeby usiąść i coś sensownego lub nie napisać. Intensywny tydzień to był właśnie ten poprzedni. Kilka dni nad jeziorkiem (bez opalania, jedyna czerwień na ciałku to ta od ugryzień komarów, a były ich ogromne ilości). Wczoraj wróciłyśmy, cały czas czuje się trochę zmęczenie w kościach. Może to przez niewygodne łóżko. Zawsze potrzebuję kilku nocek, aby się zaaklimatyzować w nowych warunkach. No i wszędzie te komary, pająki i inne paskudztwa. Brrrrrr. Moje kochanie dzielnie się ich pozbywało, ale ja też kilku dałam radę :).

Więc dziś postanowiłyśmy wybrać się w podróż po mieście, a dokładnie to do jednej z galerii handlowych. Wchodzimy do Deichmana, zwrot w stronę damskich bucików oczywiście, a tam rozmiary 42-43-44!!! Szok!!! No to przymierzam i nawet pasują. Trochę rozczarowanie jednak jest, gdyż nawet w damskim obuwiu moja stopa wygląda jak męska. Znaczy się jest długa, może nie duża - jest szczupła, ale długa. Czyli po prostu nie dziewczęco. Cos ala duża kobieta. Nie było poza tym żadnych butów na obcasie wyższym lub niższym w takich rozmiarach, ale to i tak niezły zonk, że można w normalnym sklepie coś takiego dostać. Polecam w każdym razie. Nie wiem, czy panie ekspedientki wyrozumiałe i tolerancyjne, ale ja przymierzałam buciki en homme bez strachu i się na nikogo nie oglądałam. Koniec końców nic jednak nie kupiłam, bo w sumie nie planowałam. Rozglądam się za jakimiś trampkami typowo unisex do chodzenia na codzień, ale jest jakiś straszny pomór w tej kwestii. Nawet nie chodzi o rozmiar. Nie ma prawie nigdzie nawet damskim. Znalazłam jak na razie tylko jeden sklep, no ale niestety buty nie na moją nóżkę. Aby uściślić chodzi mi o takie trampki wysokie ze wzorkami, nie czarne znane ze szkoły, tylko właśnie takie… inne. Moje kochanie przywiozło sobie coś takie z zagramanicy - jasne moro. No ale tam to co innego. U nas to wieś.

Drugi przystanek to ciuchland. Jeszcze w nim nie byłem, a duży, więc chwilę tam zabawiłyśmy. Dziś obmyśliłyśmy sobie gadanie szyfrem w sklepach. Aby nie prowokować za bardzo do dziwnych spojrzeń i uśmieszków, gdy oglądamy coś dla mnie to mówimy na przykład “to dla Kaśki”, albo “na Kaśkę to będzie pasować”. Moje kochanie to wymyśliło. Buziaki :* :). Ciuch jak ciuch. Trzeba oglądać wszystko po kolei bo można coś przegapić. Spódnice w większości to oczywiście dla starszych pań, spodni niestety nie trafisz odpowiednich bez przymierzania, gdyż nawet przymierzalni tam nie było, sukienki z lat 80-tych, więc zostały tylko bluzki. No i kupiłyśmy trzy, w tym trzy dla mnie :). Zaraz po przyjściu przymiarka. Pierwsza zielona z dekoltem koronkowym i taką samą tasiemką do okoła na wysokości “pod biustem” - super. Druga jasno różowa podobna ze sznurkiem, którego w żaden sposób nie mogłam rozgryźć - taka sobie (a wydawała się dużo fajniejsza). Trzecia czerwona w poziome pasy, długi rękaw… i lipa - rękaw za wąski. A była to bluzka, po którą poleciałyśmy w ostatniej chwili będąc już przy kasie, bo kochanie stwierdziło, że jednak fajna i może warto. No niestety niewypał. Gdyby nie ten rękaw to by była ok, a tak to tylko do oddania, bo dla mojego kochania jest ogólnie w za dużym rozmarze. Więc w sumie 7,5 złotego i mam jedną naprawdę fajną bluzeczkę. Z jednej strony warto chodzić często po różnych dużych ciuchach, gdzie towar jest w miarę często wymieniany, bo od czasu do czasu trafi się coś fajnego. A z drugiej strony takie częste wypady rujnują troszkę budżet. Ale kto tam by się na to oglądał gdy się chce ładnie wyglądać :). Szkoda tylko, że nie pokażę się w tym poza domem.

Skąd właściwie temat wpisu? Weekend oprócz tego, że w sumie był fantastyczny to jednak nie dane mi było poczuć się tak jak lubię , czyli kobieco. Większość osób nie znałam. Sporo facetów. W takim gronie naprawdę ciężko zachować indywidualizm, gdy testosteron jest roznoszony wraz z komarami. Wpada się w jakiś taki dziwny nurt. “Kiedy wejdziesz mięszy wrony, musisz krakać tak jak one”. Coś w tym przysłowiu jest, chociaż słowo “musisz” w takich sytuacjach nabiera nowego znaczenia - stajesz się częścią pewnej społeczności (w tym przypadku męskiej), która podświadomie kieruje tobą i “zmusza” do pewnych zachowań. I nie ma znaczenia, że dziewczyny są tuż obok. To się dzieje bezwiednie i nic na to nie byłam w stanie poradzić. Dopiero po powrocie do domu po jakimś czasie powracał mój stan z przed wyjazdu. No i dobrze. Podoba mi się to dużo bardziej.

smutki

Moje kochanie wróciło do domu. Oczywiście wie już, że mam “nawrót”, jednakże jest gotowa wspierać mnie nadal, tak samo jak to robiła ponad rok temu. Kurcze, tyle czasu już minęło. Poddałam się zrezygnowałam, miałam już dość. Może odpoczęłem? Kochanie mówi, że jestem niesamowicie radosna i uśmiechnięta jak dawno nie byłam. Ostatnimi czasy nie układa nam się jeżeli chodzi o pracę i te sprawy, ale powrót do tego kim jestem tak naprawdę w środku wyzwolił we mnie niesamowite pokłady pozytywnej energii, która mam nadzieję wpłynie również na inne dziedziny mojego/naszego życia.

Pokazałam moje zdjęcia, które zrobiłam w weekend. Lekki szok oczywiście i jakoś tak się potoczyło, że zaprezentowałam się ponownie w tym i tamtym :), a przy okazji poprzymierzałam też inne ubrania, między innymi te, które kochanie wzięła ze sobą. Trwało to trochę, bo postanowiłyśmy przy okazji zrobić porządek wśród ciuchów., poukładać, powywalać do prania, lub w ogóle powywalać (moje stare podkoszulki i inne “zbyt duże” ubranie). Mój skarb fajnie skomponował na mnie kilka kreacji, które bardzo mi się podobały. Okazało się, że niektóre ciuchy, które chciała wyrzucić świetnie pasują na mnie i mało tego - super się w nich czuję. Cały czas jednak robi mi się smutno, gdy myślę o tym, że nie mogę tak wyjść z domu. Brakuje mi przede wszystkim tego, że nie mogę nałożyć nic z typowo damskim dekoltem bo będę wyglądać po prostu dziwnie. Byłyśmy dziś razem na zakupach, odwiedziłyśmy kilka sklepów i lumpeksów (i tak skończyło się tylko na kupnie jedzenia). W około nas dziewczyny, a ja w środku czułam jak zwykle coś dziwnego. To wydaje się takie proste - dwie płcie, wszyscy jesteśmy ludźmi, a wszędzie nas takie podziały, które unieszczęśliwiają ludzi. No może nie wszystkich, mnie na pewno. Niektórzy sobie z tym jakoś radzą, akceptują siebie (albo inni ich akceptują). A ja? A cóż mam zrobić? Żyję tak bo nie mam innego wyjścia. Wlele trans czują się dobrze tylko w czterech ścianach. Dla mnie to za mało. Ja chcę być sobą cały czas, a nie tylko wtedy, gdy nikt nie patrzy. Zdaję sobie sprawę, że gdy wyjdę w spódnicy choćby do samej ziemi na dwór może się to skończyć niezbyt fajnie, czy to psychicznie, czy fizycznie. Dlatego też muszę uciekać się do półśrodków - elementy zakamuflowanie (bielizna), ubrania unisex, włosy (marzy mi się grzywka), paznokcie pomalowane lakierem bezbarwnym… No i ten nieszczęsny dekolt, który mógłby naprawdę wiele zmienić. Wzrost też nie pomaga, ani moja twarzy. Kolejny powód dlaczego przed rokiem miałam dość. Po prostu chciałam wszystko albo nic. To, że pomalowałam paznokcie nie zmieniał mnie w piękności, które widziałam, dookoła. Jeżeli wystarczająco długo na nie patrzyłam, wpadałam w pułapkę. Wydawało mi się, że mogę też tak wyglądać tylko będąc sobą. Wiem, że to dziwne i niedorzeczne, ale tak to działało. Rzeczywistość biła mnie po twarzy jak tylko patrzyłam w lusterko. Złudzenia? Naiwność? Na pewno. Sama siebie oszukiwałam. A co się teraz zmieniło? Niby nic. Jest inaczej, bo mam krótkie włosy, a wtedy miałam dużo dłużesz. Może odpoczęłam przez ten okres i mam teraz siły, żeby próbować na nowo. Wiem, że nie zmienię tego jak wyglądam, a “zakrywanie się” fajnymi ciuchami nic nie da. Ba, może spowodować odwrotny efekt do zamierzonego. Po co w takim razie to robić? Bo to siedzi w głowie. Nie można się tego pozbyć. To jest wiara. Dlatego ludzie odnoszą sukcesy, bo w coś wierzą. Wierzą, że są silni, mogą dokonywać wielkich rzeczy, wspinać się, nurkować, zwyciężać. Gdyby nie wiara nie byłoby postępu, bo nikomu by się nie chciało angażować. Ja mam chyba troszkę trudniej. Krytyka tego co robię może przynieść wiele szkody. Dlatego takie dziewczyny jak ja ukrywają się, a jeżeli jakaś ma odwagę wyjść tak na dwór… Na pewno się da, ale nie w takiej formie o jakiej ja marzę, czyli o normalnym życiu bez udawania. Ale takie rzeczy to chyba tylko na marsie. Albo na wenus.

Dopiero kilka dni minęło od moje powrotu, a już mam plany związane ze swoim wyglądem. Krótkoterminowe - przekłucie drugiego ucha, regulacja brwi, przycięcie (i malowanie regularne) paznokietków, no i lumpeksy lumpeksy, lumpeksy. Długoterminowe - zapuszczenie troszkę włosków. Tak, wiem. Jednak spróbuję jeszcze raz. Bo jeżeli się nie próbuję to skąd ma się wiedzieć, czy to ma jakiś sens? Potrwa to trochę, bo mi rosną bardzo powoli, no i nie liczę na długie tak naprawdę. Jeżeli dojdą mi do oczu wtedy bedę zadowolona.

Słucham T-Ka. Tylko trzy utwory na Selleband, ale dla mnie coś pięknego.

PS. Powiedziałam mojemu kochanie, że chciałabym żyć w kraju, gdzie nikt nie patrzy na to jak wyglądasz i nikomu nie przeszkadza jak się ubierasz. Więc ona na to, żebyśmy wyjechali gdzieś, gdzie będę mogła zacząć nowe życie, gdzie nikt mnie nie zna i będzie mógł poznać moje prawdziwe ja. Pomysł kapitalny. Tylko gdzie jest takie miejsce?

fotki

No i w końcu mam. Zdjęcia, które robiłam podczas sesji opisanej 2 posty temu wywołane i… umieszczone w sieci na flickrze i deviancie. Sama byłam trochę w szoku, że tak fajnie co poniektóre wyszły. Był środek nocy, pozapalałam wszelkie światła, odpowiednio je poustawiałam i proszę bardzo - nawet nie wiedziałam jakie mam super nogi, gdy się na nie patrzy od tyłu :). A dziś, skoro sama w domu i światełka troszkę naturalnego jest (chociaż mam okno na północ) to też zrobiłam sobie super-fast sesję. Pokicałam trochę na łóżku, ustawiłam sobie lustro, a sama między nim a ścianą. Niestety musiałam zostać przy robieniu zdjęć z ręki. Ze statywu się niestety nie dało. Nie mam pilota, żeby pstrykać na odległość, a już nie miałam sił latać to w jedną to w drugą stronę, przestawiać ostrość na chybił trafił i sprawdzać, czy ciut nie przesunąć i jak wyszło. Ehhhh. Najlepiej jakby ktoś mi robił zdjęcia, wtedy widzi jak najlepiej mam się ustawić. Moje kochanie niestety nie chce się dotykać w ogóle mojego aparatu, boi się, że zepsuje, upuści, itp.

W każdym razie poszalałam trochę. Zeszłej nocy zabrałam się też za robienie sobie makijażu. Jednakże miałam za mało narzędzi, ale pobawiłam się trochę kredką i było ogólnie wesoło/niewesoło. Nigdy nie lubiłam robić sobie (czy ktoś mi) makijażu, gdyż nie mogłam znieść myśli, a następnie uczucia dotykania pędzelkiem, czy czymkolwiek innym rzęs i obawa przed tym, że znajdzie się to coś w moim oku. Brrrrrr. Ale wczoraj jakoś poszło. Może była to tylko kwestia przełamania się. Też dotykanie kredką oka, czy malowanie pod okiem nie było przyjemnym uczuciem, ale czym dłużej to robiłam tym bardziej się do tego przyzwyczajałam. Tak w ogóle to najpierw rozpoczęłam poszukiwania w sieci stron nt. jak się maluje oczu. Nie znalazłam żadnych wyraźnych instrukcji na zasadzie opis i pomocnicze zdjęcie jakim narzędziem gdzie mazać. Tylko teoria, że jak oczy takie to tu pociągnąć bardziej, a tu mniej, że tu przedłużyć, a tam przyciemnić. OK. Mam głęboko osadzone oczy, brwi trochę za nisko i teoretycznie to już wiem co robić, ale dzięki temu nie stanę się pięknością :/. Fajnie by było jakby profesjonalna wizażystka się mną zajęła. Wiedziałby co i jak. A ja nic nie wiem… A marzy mi się takie oko, albo takie. No co. Pomarzyć zawsze można.

A tak przy okazji to poszperałam w sieci za perukami. Wiem, wiem. Chyba nie mam szans na swoje własne włoski, które by mnie ucieszyły. I w sumie mam dość codziennego mycia głowy. A te włoski co znalazłam w sieci są po prostu rewelacyjnie. Podjarałam się nimi pewnie też dlatego, że cena jest fajna :). Jejku, jejku. Snią mi się teraz po nocach. Średnia długość, grzywka. Jeszcze nie wiem tylko jaki kolor. Sama mam ciemny blond, ale podobają mi się całkowicie jasne. Duży wybór był właściwie. Nie mogę się zdecydować…

Upiększanie…

Już którąś godzinę z rzędu upiększam swój nowy blog. Jest to prawie tak samo wciągające jak… hmmm… bycie sobą. W każdym razie coraz bardziej mi się tu podoba. Cały czas dodaje nowe linki, segreguje, przestawiam. Nawet tapeta, choć wybór był niewielki, mi się bardzo bardzo podoba. Trzymam kciuki za siebie. Oby mi tym razem znowu nie przeszło za szybko.

W zeszłym roku nawet nie wiem co się stało. Wydaje mi się, że przeszedłam jakiś dziwny kryzys. Stwierdziłam, że i tak wyglądam beznadziejnie, nie mogę do końca włożyć tego co chcę, nie czułam się dopełniona. Ubierałam spodnie dżinsowe biodrówki, majtki, stanik, bluzkę. Unisex po prostu. Malowałam paznokcie. Regulowałam brwi. I chyba w końcu zobaczyłam się w lusterku. Może to przez twarz? Albo przez włosy rosnące w miejscach niechcianych. Pamiętam, że przez tydzień je usuwałam. I to jak? Depilacja woskiem oczywiście. Bo głupia myślałam, że jak je wyrwę to będę miała na dłuższy czas spokój. Niestety moje owłosienie tułowia jest bardzo niesforne. A sama depilacja to był koszmar… Ufff. Wolę tego nie wspominać. Na szczęście miałem moje kochanie, które trochę mi pomagało.

No i w końcu stwierdziłam, że to nadaremne. Włosy, które zapuszczałam (już chyba 4 raz w życiu) nie dały nad sobą zapanować, były cienkie i przerzedzone. Niedługo później je ścięłem, robiąc sobie trochę z buntu przedziwną fryzurę. Teraz mam krótkie i nie jestem pewien czy będę próbowała znowu. Chyba wolę perukę. Nie można mieć wszystkiego. Jedyne co mi zostało już po fakcie to chęć przekłucia uszu. I zrobiłam to, ale tylko jedno. To chyba też było powiązane z tym całym buntem i jeszcze innymi zawirowaniami w moim życiu.

Zawsze marzyłam sobie, tak po prostu. O magicznych urządzeniach, o wróżkach. Kiedyś był taki serial czechosłowacki “Arabella”. Pragnęłam takiego pierścienia jaki mieli bohaterowie. Wystarczyło przekręcić na palcu i pomyśleć życzenie, aby się spełniło. Albo bransoletka, która po nałożeniu na rękę powodowałaby zmiane płci. Ale to tylko fantazje. Nie jestem genetyczna i nigdy nie będę bez względu na to jak bardzo bym chciała. Skoro już jestem kim jestem to wyobrażam sobie, że na przykład jestem niższa, powiedzmy metr siedemdziesiąt, mam delikatnieszą cerę, nie rosną mi włosy na torsie i brzuchu, mam gęstsze włosy, mniejszy nos, jestem szczuplejsza (no w sumie to jestem dosyć szczupła, ale przy takim wzroście fajnie by było być naprawdę szczupłą i np 50 kilo wagi) i najważniejsze dla mnie - krótsze ręce (tak, tak, to nie jest śmieszne, mam jakieś kurcze za długie i ciężko mi cholera trafić na odpowiednie ciuchy). Wtedy życie wyglądałoby zupełnie inaczej. Nowe możliwości, dzięki którym mogłabym uczynić moje życie naprawdę cudownym. A tak… ehhh, szkoda gadać. Trzeba iść naprzód.

Zaczynam od nowa.

Po prawie roku znów sięgam do tego miejsca. Zarzuciłam już myśl o tym, że mogę żyć zupełnie tak jak chce. Przechodziłam wiele kryzysów, ale ostatnio coś mnie znowu zaatakwoało i chcę spróbować zacząć od nowa. Chciałabym, aby mi się udało, ale życie weryfikuje takie rzeczy dość szybko. No zobaczymy. Jestem tutaj i piszę, więc pierwszy kroczek już jest zrobiony.

Tak więc wczoraj był tak jakby przełomowy dzień dla mnie. Moje kochanie wyjechało do rodzinki i zostałam samiutka na kilka dni. Wczoraj ogoliłam się ładnie i zrobiłam sobie małą rewię mody. Niestety nie mogłam znaleźć swoich starych rajstopek, ale na szczęście były jeszcze moje pończoszki, niestety zaciągnięte troszkę, ale tylko od wewnątrz, więc nie było bardzo widać. Nałożyłam je, do tego czarne majteczki z koronką na dole i czarny staniki. Nie miałam co na górę założyć, znalazłam tylko luźną czarną bluzkę z krótkimi rozkloszowanymi rękawami i baaaaardzo dużym dekoltem. Znaczy się tak dużym, że bluzka opadała całkowicie i trzymała się tylko na pół ramionach. Ale tak miało być. Fajnie to wygląda. I widać ramiączka od staniczka.

Został teraz dół. Tutaj wybór był… taki sobie. Na pierwszy ogień poszła nowo zakupiona spódnica w kolorze czerwono-pomarańczowym. Fason? Za kolano, rozkloszowana, postrzępiona po prostu ssssuper :). Chyba zostanie jedną z moich ulubionych. Kupiona oczywiście w ciuchu za niecałe 3 złote. Później było jeszcze kika innych spódnic w okolicach kolanka, ale żadna już nie była w stanie dorównać czerwonej. Nie przepadam za pokazywaniem nóg ogólnie. Uważam, że mam za grube uda, brzydkie kolana… ALe postanowiłam przymierzyć krótką mini dżinsową… i bingo. Idealna. Może z przodu faktycznie nie prezentowały się moje nogi zbyt rewelacyjnie, ale z tyłu był odjazdowe :). Czułam się niesamowicie, fantastycznie, wspaniale i wszystkie synonimy słowa cudownie jakie istnieją. Pozmieniałam trochę top na inne, bardziej obcisłe. Jednak jest dużo prawdy w tym, że dźinsy pasują do wszystkiego :).

Nie osiadając na laurach przeszłam dalej. Kolejna i ostatnia już mini spódniczka, ze zwykłego materiału (nawet nie wiem jakiego) okazała się bardzo ciasna i trudna do zapięcia. Niestety przez ten rok cały przytyło mi się troszkę nad czym bardzo ubolewam. Chodzi oczywiście o brzuszek. Gdyby nie to w spódniczkę zmieściłbym się myślę bez problemu. Udało się jednak. I kolejny strzał w dziesiątkę. Czułem się znowu wspaniale. Obciskająca uda i biodra powodowała we mnie zupełnie nowe odczucia, których nie byłem w stanie wyjaśnić. Może każda dziewczyna potrzebuje poczuć się sexy, gdy ładne ciuszki opinają jej wymodelowane ciałko :). Moje wymodelowane bardzo nie jest, jednakże jestem dosyć szczupła, a pończoszki zrobiły jednak swoje.

I znowu kolejne spódnice poszły w ruch. Doszedłem do końca i przyszła kolej na sukienkę. Bardzo fajniutka zakupiona w zeszłym roku w Belgii. Bez ramiączek, do kolana, rozkloszowana, tiul pod spodem, kolor brąz w białe kropeczki. Ciężko troszeczkę byłą ją z tyłu zapiąć, ale w końcu się udało. Nawet nie mam słów opisać jakie to uczucie móc się w końcu normalnie ubrć. Tak jakbym chodziła w worku przez całe życie i na reszcie pozowlono mi się ubrać tak jak powinnam. Nic nie było w stanie zepsuć tej chwili, chociaż zdaję sobię sprawę, że na codzień ubierać się tak nie mogę :(.

Po sukience wróciłam do mojej ulubionej spódniczki dżinsowej. Pochowałam pozostałe ciuszki do szuflad i tak zasiadłam sobie jeszcze do komputera. W końcu przyszedł jednak czas spać. Byłam jednak w tak fantastycznym nastroju, że postanowiłam kontynuować to także w łóżeczku, czyli… koszula nocna. Mam tylko jedna, ale i tak bardzo fajną. Założyłam ją i położyłam się spać. Zasnąć jednak długo jeszcze nie mogłam. Czułam się tak dobrze i myślałam o tylu rzeczach, które mam zrobić, m.in. o powrocie do pisania tego bloga. Nie chciałam, żeby ten dzień się kończył i chodź nastawał nowy to marzyłam o tym, żeby to mogło trwać zawsze. Była tak gładziutka i delikatna. Wciąż marzyłam…

PS. W trakcie zabawy zrobiłam sobie trochę zdjęć. Mam nadzieję, ze coś fajnego wyszło i będę mogła się tym pochwalić ;). Pa.