narczeska.blogspot.com

teraz tutaj mogę się pojawiać (jeżeli już będę):

narczeska.blogspot.com

szufladki…

Jest zimno, mokro i dołująco. Nie wiem sama co ze sobą robić. Nudzę się koszmarnie i do tego sama w domu. Buszuję w sieci i w sumie tylko tyle. Jak mi coś do głowy przychodzi to jakieś strzepy tylko, których nie da się składnie złożyć do kupy, żeby jako tako wyglądały. Kaszana.

Znalazłam kilka ciekawych i nieznanych mi jeszcze stron, m.in. o transgenderyźmie (już wstawione w linkach “inne”). Przeczytałam sporo definicji i zamotało mnie to jeszcze bardziej. Sama nie wiem już kim jestem. Najlepiej jakbym była wyjątkowa ;) i nie musiała zastanawiać się nad tym wszystkim. No bo tak. Transwestytyzm niby owszem, ale dochodzą jeszcze jakieś podziały na feteszystyczny, podwójnej roli. Ja cie!!! To odpada w takim razie. Nie ta szufladka chyba. Idąc dalej podobnie brzmiący transseksualizm też odpada z góry, bo nie mam zamiaru sobie nic wycinać. I po co. Transgenderyzm zalatuje hermafrodotyzmem (palce mi się plączą na klawiaturze), ale ok ok, tutaj chodzi o umysł, róznica jest. Intersex, że miedzy kobietą a mężczyzną, albo oba, albo żadne tylko zupełnie coś nowego. Nie jestem w sumie odmieńcem w takim tego słowa znaczeniu, że w ogóle nie można mnie nigdzie umieścić. To tak jak z dzieleniem muzyki na pop, rock, indi, alternatywną i tak dalej. Niektórych kapel w ogóle nie da się nigdzie wsadzić, dlatego muzyka dla mnie dzieli się tylko na dobrą i złą. No może jak coś trzeba gdzieś przypasować to większość gdzie jest gitara wrzucam do rocka, a jak zamiast niej jest pianinko na przykład to pop. Wiem, wiem. Straszne generalizowanie, ale przecież to tylko dla mnie i nie prowadzę ogólnoświatowych statystyk. A jak w takim razie jest ze mną w “tej” materii? Chętnie wzięłabym z każdej definicji po trochu i ulepiła coś co przypominałoby mnie. Jestem chyba przede wszystkim osobą walczącą ze stereotypami poprzez kontrulturowe ubieranie się. Nie noszę szpilek i spódnic na codzień w sumie. No właśnie. Motam się z tym wszystkim. Zwalam na pogodę i późną porę.

OK. Czas się przyznać – nie wyglądam jak dziewczyna. Nie mam 170cm wzrostu przy 45-50 kilogramach wagi, długich ładnych włosków (z grzywką), figury jako takiej, no i ładnej buźki z delikatną skórą. Fajnie by było. Pomarzyć zawsze można. Przedstawiłam stereotyp, a przecież nie tylko takie dziewczyny chodzą po ulicach. Są też mniej ładne, wysokie, z krótkimi włosami i wagą… trochę inną. Wśród nich na pewno można znaleźć takie z kompleksami, ale też takie, które nic sobie z tego nie robią i żyją swoim życiem. Nie przejmują się tym. Tak samo ja nie powinnam się tym przejmować. I nie chcę. Nie ważne jest jak wyglądamy tylko jak się czujemy, co w nas siedzi. Co do wyglądu to zawsze można coś zmienić, jak np. fryzurę, można schudnąć (przytyć), albo inaczej się ubierać. Nie wszystkim jest dobrze w tym albo innym. Wiele dziewczyn i kobiet nie zdaje sobie sprawy, że wyglądają czasami okropnie, a to że coś im się podoba wcale nie znaczy, ze będą w tym czymś wyglądały tak samo jak modelka, na której to zobaczyły. I tak jest ze mną. W chwili obecnej po, bądź co bądź dłuższej przerwie staram się wykształcić swój własny styl co będzie mozolne i niełatwe i mam nadzieję, że znowu się nie zdołuję tym wszystkim jak ostatnim razem. Ale od czego mam moje kochanie :). Przeglądam dużo zdjęć, wiem co mi się podoba i staram się patrzeć na to wszystko przez mój pryzmat – czy to mi pasuje, jak będę z tym wyglądała, czy mogę coś takiego zrobić lub założyć? Nie chcę, żeby był to styl, który będzie mi towarzyszył tylko na zdjęciach. Do zdjęć mogę założyć co chcę, a na codzień chciałabym wyglądać tak, żeby móc wrócić do domu o własnych siłach. Co do tych zdjęć to widzę, że się da, ale na pewno nie u nas, choć może jeszcze wszystkiego nie widziałam. Mam tylko małe braki, lub niedoskonałości “urody”, które chętnie bym naprawiła. Nie zmienię już swojego wzrostu, ani rozmiaru buta, ale chętnie zmniejszyłabym sobie operacyjnie nos. Tutaj już tylko problemem są pieniądze, a 10k złotych piechotą nie chadza. Może kiedyś. No i włosy. Ostatnim razem męczyłam się ze swoimi kudłami. Teraz zapuszczam już w sumie po raz piąty w życiu. Dwa razy miałam taknaprawdę długie, a te ostatnie wyceniłabym tak na 10cm (z tyłu wydawały się dłuższe). Teraz chciałabym wytrwać dłużej. Będę je myć codziennie, stosować różniste preparaty i ogólnie dbać o nie. Byleby grzywka była to już coś da się zrobić. Tylko tyle czekania… Za rok coś powinno już być. Takie życie.

Ciężko mi coś idzie to dzisiejsze pisanie. Chciałabym się już położyć spać. Oddołuję się pewnie dopiero jak słońce się pokaże i będę mogła wyjść gdzieś z domku. Za oknem jest jesień. I to późna. A ja przecież lubię jesień, więc o co chodzi właściwie? Czemu jest tak strasznie ponuro? I jeszcze dochodzą jakieś pospolite problemy, jak praca, pieniądze… Na co to komu. Postanowiłam poszukać jakiejś robótki za granicą. Tak na sezon. Może od czerwca/lipca do września. Zobaczymy. Trochę intensywnej pracy i można jako tako egzystować i rozwijać sowoje małe marzenia. Jedną taką szansę zaprzepaściłam, ale w sumie nie żałuję, bo gdzie bym teraz była i gdzie było by moje kochanie? Dobranoc.

PS. A jesień mi się podoba bo są super fajne wypas kolorki, a teraz to jest zbyt jednolicie zielono i… szaro. Ale zielony też bardzo lubię przecież, więc o co chodzi? Ehhhh….

PS2. Teraz tak spojrzałam na tagi, które przypisuję każdemu postowi tutaj. Proszę się nimi nie sugerować. Służą tylko jako słowa kluczowe przy wyszukiwaniu. Zresztą w sumie nie doszłam w tym poście do żadnego wniosku, ani nie wyjaśniłam kim tak naprawdę jestem i chcę być. Mam jakiś dziwny “okres”…

again and again do it again…

Jest już późno. Siedzę sobię w koszuli nocnej przed komputerem i zastanawiam się, co chciałam napisać. Ze mną zawsze tak jest, że w głowie kłębi mi się tysiące myśli i wiem jak co chciałabym przekazać, ale jak zasiadam do klawiatury to jakoś zawsze ciężko mi zacząć.

Wybrałyśmy się dziś na spacer. Właściwie bez celu postanowiłyśmy się poszwędać. Wymyśliłam sobie trasę wąwóz -> ścieżka rowerowa -> Park Ludowy. Do tego doszło jeszcze miejsce kultu nastolatek, czyli Plaza, która otwarta dla wiernych 7 dni w tygodniu przyciąga jak magnez. Zapewne gdyby była otwarta dwadzieścia cztery godziny na dobę dziewczyny w ogóle by nie spały, co jak wszem i wobec wiadomo na urodę za dobrze nie działa. Spacerek był fajny, gdyby nie to, że przed samym wyjściem troszkę pokropiło i zebrały się ciemne chmury, a że nie chciałyśmy w domu siedzieć, więc ubrałyśmy się cieplej, znaczy się zrzuciłam już założone sandałki ;), nałożyłam “adidasy”, na górę koszulkę z długim rękawem i lecimy. Po 15 minut wyszło słońce, chmury zniknęły i zaczęłyśmy się gotować. Udało mi się jakoś zrzucić długi rękaw i zostać w samym krótkim, ale stopy mi płonęły. No w każdym razie nie mam zamiaru pisać o każdym kroku, jaki zrobiłyśmy podczas tej wyprawy. Chodzi o to, że jestem “obserwatorką” – patrzę i się nie odzywam, tylko analizuję (to ponoć cecha skorpionów). Zawsze jak gdzieś wychodzę obserwuję innych. Jak się łatwo domyślić głównie dziewczyny – jak są ubrane, jakie mają włosy, makijaż itp. Możecie mi wierzyć albo nie, ale jest to w sumie dosyć dołujące. Szczególnie teraz, gdy zrobiło się tak ciepło i dokoła krótkie spodenki, spódniczki, duże dekolty (co ja bym dała, żeby móc założyć chociaż bluzkę z dekoltem, a mam kilka naprawdę fajnych). Do tego oczywiście na większości stóp balerinki. Tylko ja w adidasach. Mam przez to wszystko takie uczucie, że zabrano mi coś, co było tylko moje, ale ktoś uznał, że mi się nie należy i tyle. Że to przecież normalne, żeby chodzić w spódnicach i sukienkach. Gdybym wyszła ubrana w ten sposób czułabym się najnormalniej na świecie, tylko coś oczywiście byłoby nie tak. Wydaje mi się, że chodzi o moje ciało, które nie pasowałoby do takiego stroju. Nie, nie jestem transseksualistą, chociaż przez te ograniczenia i wewnętrzną ogromną potrzebę bycia tym kim chcę, wydaje mi się czasami, że jestem w niewłaściwym ciele. Ale tylko czasami. Gdyby dano mi wolność ubierania się myślę, że byłoby mi dobrze ze wszystkim. Pomimo wzrostu nie krępowałabym się niczym, zapuściłabym włoski, zrobiła sobie grzywkę, malowała paznokcie na ciemne kolory, do tego makijaż. No i byłoby idealnie. A propos widziałam kilka dni temu w markecie kobietę wysoką, na obcasie, nie brzydką, a do tego z figurą. Czyli, że się da. Oczywiście, że się da, skoro się jest kobietą. Nie? No tak. W moim przypadku pomimo jako takie figury, po której nie koniecznie ktoś by się zastanawiał “o co chodzi” mam twarz, która rzuca się w oczy. Jeden mały szkopuł, który rujnuje wszystko. A miało być tak pięknie… Ehhh. No nic. Summa sumarum tego przydługiego akapitu jest takie, że wśród tylu ładnych dziewczyn, w dużej większości ubranych tak jak mogę sobie tylko pomarzyć, można dostać zwyczajnego świra i się zastanawiać, o co chodzi. Czy ktoś tam gdzięś na górze się pomylił? A może coś odbiło społeczeństwu narzucając takie, a nie inne normy społeczne. A propos miałam w sumie napisać o czymś jeszcze, ale to w następnym akapicie.

Ostatnio trafiłam na pewien artykuł w Gazecie, który mnie trochę zbulwersował. Otóż tyczy się on kilku crossdresserek, które żyją w związku małżeńskim, natomiast ich żony nie mogą się z tym wszystkim odnaleźć. Artykuł okazał się tendencyjny, nieobiektywny, stronniczy i nie wiem już jakich innych słów użyć. Autor nie tylko opisał kilka przypadków tak naprawdę skrajnych, ale przedstawił transki tak, jakby wszystkie były takie. Trochę mnie to poruszyło, bo mój związek na pewno tak nie wygląda. Wciąż wkurzona zajrzałam do komentarzy. Było ich sporo i trochę czasu zajęło mi przeczytanie wszystkiego. Nie chciałam już nic dopisywać tam od siebie, szczególnie że dyskusja zakończyła się kilka dni temu. Chciałam natomiast tutaj u siebie napisać kilka zdań co o tym wszystkim myślę. Autorzy komentarzy przede wszystkim przerazili mnie swoją głupotą i nietolerancją. Oczywiście przyjęli, że wszystkie transki to podli faceci, którzy wiążą się z kobietami, biorą ślub, płodzą dzieci, a następnie przyznają się, że są tacy a nie inni, każą siebie akceptować i nie dyskutować “bo tak jest i już się nie zmienię” i dodatkowo olewają wszystko siedząc po 2 godziny przed lustrem i wydając całą kasę na kiecki, nie przejmując się w ogóle żoną i wierząc, że nie odejdzie ze względu na dziecko/dzieci. Uffff. Aż się we mnie zagotowało. Zapewne większość uważa jeszcze, że są gejami (oczywiście użyli by innego określenia), pedofilami (padło to słowo przynajmniej raz w komentarzach), lub też robią to tylko w celach samozaspokojenia seksualnego. Kilka (genetycznych) kobiet zdominowało dyskusję wytykając transkom, że bycie kobietą to coś więcej niż ubranie. To emocje, uczucia, wagina (!!!) i ciągłe poczucie zagrożenia gwałtem gdy się wychodzi z domu (sic!). Ok, ok. Ja nie chcę być kobietą. Nawet jakbym chciał to nigdy nią nie będę nawet po tysiącach operacji. Jestem estetą i kocham wszystko co piękne. Potrafię siedzieć przed cudownym obrazem, zachwycać się symfonią Mozarta i zatracić się w krajobrazie z zachodem słońca. A kobieta jest ucieleśnieniem piękna, które mnie szczególnie fascynuje i przyciąga. Tak bardzo, że sama chciałabym być częścią tego piękna, dużo bardziej niż przed obrazem, słuchając muzyki czy oglądając widoczki. Bo wydaje mi się, że mogę (chociaż wielu stara się pokazać, że jednak nie). Nie tylko kobieta jest piękna, ale wszystko co z nią związane, czyli na przykład ubrania dużo dużo dużo fajniejsze niż męskie (nawet można rzec – bez porównania), fryzury, czy też ozdoby. Kiedyś był wyraźny podział na role damskie i męskie. Zatraciło się to w dosyć dziwny sposób. Kobiety przejęły praktycznie wszystkie męskie elementy i zaimplementowały je u siebie pozostawiając facetom to co cały czas mieli. Ja rozumiem, że na kobiecie i to szczególnie ładnej wszystko dobrze wygląda, ale same mając właściwie “wszystko” nie pozwalają nam transkom korzystać z ich dobrodziejstw. Mało tego – bulwersuje je to. Rozumiem facetów, których może to razić bo przyzwyczajeni do kobiety w sukience, nagle widzą coś pomiedzy mężczyzną a kobietą w tej sukience (w większości bliżej tego pierwszego). Nie chcąc stracić swojej męskości odrzucają to w obawie o bycie potraktowaniem jako gej. A przecież nie o to chodzi, żebyśmy były podrywane wychodząc tak ubrane z domu. Chodzi tylko wyłącznie o akceptację. Przecież nie robimy nikomu krzywdy. Jeżeli ktoś twierdzi, że mu się niedobrze robi na taki widok to może sam nie powinien wychodzić z domu, bo komuś innemu może się niedobrze robić na widok anorektyczki, komuś innemu na widoku otyłego człowieka, komuś jeszcze widząc człowieka na wózku, a jeszcze dla innego dziewczyna w leginsach będzie czymś okropnym (nie wspominając już o “dresach”). Tolerancja to jedyne słowo jakie mi przychodzi na myśl. I jeszcze miłość bo “all you need is love” jak śpiewali The Beatles, bo między mną i moim skarbem jest właśnie taka miłość, dzięki której akceptacja przychodzi z taką łatwością, że nie trzeba się już niczym martwić i można żyć tak jak się chcę. Oczywiście “biorąc” i “dając” po równo.

A ostatnio zachywacam się The Bird And The Bee w fajowym teledysku. Piosenka chodziła dziś za mną cały dzień (stąd też ten tytuł).

do przodu – do tyłu

Uh, oh. W końcu mam chwilę dłuższą (mam nadzieję), żeby usiąść i coś sensownego lub nie napisać. Intensywny tydzień to był właśnie ten poprzedni. Kilka dni nad jeziorkiem (bez opalania, jedyna czerwień na ciałku to ta od ugryzień komarów, a były ich ogromne ilości). Wczoraj wróciłyśmy, cały czas czuje się trochę zmęczenie w kościach. Może to przez niewygodne łóżko. Zawsze potrzebuję kilku nocek, aby się zaaklimatyzować w nowych warunkach. No i wszędzie te komary, pająki i inne paskudztwa. Brrrrrr. Moje kochanie dzielnie się ich pozbywało, ale ja też kilku dałam radę :).

Więc dziś postanowiłyśmy wybrać się w podróż po mieście, a dokładnie to do jednej z galerii handlowych. Wchodzimy do Deichmana, zwrot w stronę damskich bucików oczywiście, a tam rozmiary 42-43-44!!! Szok!!! No to przymierzam i nawet pasują. Trochę rozczarowanie jednak jest, gdyż nawet w damskim obuwiu moja stopa wygląda jak męska. Znaczy się jest długa, może nie duża – jest szczupła, ale długa. Czyli po prostu nie dziewczęco. Cos ala duża kobieta. Nie było poza tym żadnych butów na obcasie wyższym lub niższym w takich rozmiarach, ale to i tak niezły zonk, że można w normalnym sklepie coś takiego dostać. Polecam w każdym razie. Nie wiem, czy panie ekspedientki wyrozumiałe i tolerancyjne, ale ja przymierzałam buciki en homme bez strachu i się na nikogo nie oglądałam. Koniec końców nic jednak nie kupiłam, bo w sumie nie planowałam. Rozglądam się za jakimiś trampkami typowo unisex do chodzenia na codzień, ale jest jakiś straszny pomór w tej kwestii. Nawet nie chodzi o rozmiar. Nie ma prawie nigdzie nawet damskim. Znalazłam jak na razie tylko jeden sklep, no ale niestety buty nie na moją nóżkę. Aby uściślić chodzi mi o takie trampki wysokie ze wzorkami, nie czarne znane ze szkoły, tylko właśnie takie… inne. Moje kochanie przywiozło sobie coś takie z zagramanicy – jasne moro. No ale tam to co innego. U nas to wieś.

Drugi przystanek to ciuchland. Jeszcze w nim nie byłem, a duży, więc chwilę tam zabawiłyśmy. Dziś obmyśliłyśmy sobie gadanie szyfrem w sklepach. Aby nie prowokować za bardzo do dziwnych spojrzeń i uśmieszków, gdy oglądamy coś dla mnie to mówimy na przykład “to dla Kaśki”, albo “na Kaśkę to będzie pasować”. Moje kochanie to wymyśliło. Buziaki :* :). Ciuch jak ciuch. Trzeba oglądać wszystko po kolei bo można coś przegapić. Spódnice w większości to oczywiście dla starszych pań, spodni niestety nie trafisz odpowiednich bez przymierzania, gdyż nawet przymierzalni tam nie było, sukienki z lat 80-tych, więc zostały tylko bluzki. No i kupiłyśmy trzy, w tym trzy dla mnie :). Zaraz po przyjściu przymiarka. Pierwsza zielona z dekoltem koronkowym i taką samą tasiemką do okoła na wysokości “pod biustem” – super. Druga jasno różowa podobna ze sznurkiem, którego w żaden sposób nie mogłam rozgryźć – taka sobie (a wydawała się dużo fajniejsza). Trzecia czerwona w poziome pasy, długi rękaw… i lipa – rękaw za wąski. A była to bluzka, po którą poleciałyśmy w ostatniej chwili będąc już przy kasie, bo kochanie stwierdziło, że jednak fajna i może warto. No niestety niewypał. Gdyby nie ten rękaw to by była ok, a tak to tylko do oddania, bo dla mojego kochania jest ogólnie w za dużym rozmarze. Więc w sumie 7,5 złotego i mam jedną naprawdę fajną bluzeczkę. Z jednej strony warto chodzić często po różnych dużych ciuchach, gdzie towar jest w miarę często wymieniany, bo od czasu do czasu trafi się coś fajnego. A z drugiej strony takie częste wypady rujnują troszkę budżet. Ale kto tam by się na to oglądał gdy się chce ładnie wyglądać :). Szkoda tylko, że nie pokażę się w tym poza domem.

Skąd właściwie temat wpisu? Weekend oprócz tego, że w sumie był fantastyczny to jednak nie dane mi było poczuć się tak jak lubię , czyli kobieco. Większość osób nie znałam. Sporo facetów. W takim gronie naprawdę ciężko zachować indywidualizm, gdy testosteron jest roznoszony wraz z komarami. Wpada się w jakiś taki dziwny nurt. “Kiedy wejdziesz mięszy wrony, musisz krakać tak jak one”. Coś w tym przysłowiu jest, chociaż słowo “musisz” w takich sytuacjach nabiera nowego znaczenia – stajesz się częścią pewnej społeczności (w tym przypadku męskiej), która podświadomie kieruje tobą i “zmusza” do pewnych zachowań. I nie ma znaczenia, że dziewczyny są tuż obok. To się dzieje bezwiednie i nic na to nie byłam w stanie poradzić. Dopiero po powrocie do domu po jakimś czasie powracał mój stan z przed wyjazdu. No i dobrze. Podoba mi się to dużo bardziej.

smutki

Moje kochanie wróciło do domu. Oczywiście wie już, że mam “nawrót”, jednakże jest gotowa wspierać mnie nadal, tak samo jak to robiła ponad rok temu. Kurcze, tyle czasu już minęło. Poddałam się zrezygnowałam, miałam już dość. Może odpoczęłem? Kochanie mówi, że jestem niesamowicie radosna i uśmiechnięta jak dawno nie byłam. Ostatnimi czasy nie układa nam się jeżeli chodzi o pracę i te sprawy, ale powrót do tego kim jestem tak naprawdę w środku wyzwolił we mnie niesamowite pokłady pozytywnej energii, która mam nadzieję wpłynie również na inne dziedziny mojego/naszego życia.

Pokazałam moje zdjęcia, które zrobiłam w weekend. Lekki szok oczywiście i jakoś tak się potoczyło, że zaprezentowałam się ponownie w tym i tamtym :), a przy okazji poprzymierzałam też inne ubrania, między innymi te, które kochanie wzięła ze sobą. Trwało to trochę, bo postanowiłyśmy przy okazji zrobić porządek wśród ciuchów., poukładać, powywalać do prania, lub w ogóle powywalać (moje stare podkoszulki i inne “zbyt duże” ubranie). Mój skarb fajnie skomponował na mnie kilka kreacji, które bardzo mi się podobały. Okazało się, że niektóre ciuchy, które chciała wyrzucić świetnie pasują na mnie i mało tego – super się w nich czuję. Cały czas jednak robi mi się smutno, gdy myślę o tym, że nie mogę tak wyjść z domu. Brakuje mi przede wszystkim tego, że nie mogę nałożyć nic z typowo damskim dekoltem bo będę wyglądać po prostu dziwnie. Byłyśmy dziś razem na zakupach, odwiedziłyśmy kilka sklepów i lumpeksów (i tak skończyło się tylko na kupnie jedzenia). W około nas dziewczyny, a ja w środku czułam jak zwykle coś dziwnego. To wydaje się takie proste – dwie płcie, wszyscy jesteśmy ludźmi, a wszędzie nas takie podziały, które unieszczęśliwiają ludzi. No może nie wszystkich, mnie na pewno. Niektórzy sobie z tym jakoś radzą, akceptują siebie (albo inni ich akceptują). A ja? A cóż mam zrobić? Żyję tak bo nie mam innego wyjścia. Wlele trans czują się dobrze tylko w czterech ścianach. Dla mnie to za mało. Ja chcę być sobą cały czas, a nie tylko wtedy, gdy nikt nie patrzy. Zdaję sobie sprawę, że gdy wyjdę w spódnicy choćby do samej ziemi na dwór może się to skończyć niezbyt fajnie, czy to psychicznie, czy fizycznie. Dlatego też muszę uciekać się do półśrodków – elementy zakamuflowanie (bielizna), ubrania unisex, włosy (marzy mi się grzywka), paznokcie pomalowane lakierem bezbarwnym… No i ten nieszczęsny dekolt, który mógłby naprawdę wiele zmienić. Wzrost też nie pomaga, ani moja twarzy. Kolejny powód dlaczego przed rokiem miałam dość. Po prostu chciałam wszystko albo nic. To, że pomalowałam paznokcie nie zmieniał mnie w piękności, które widziałam, dookoła. Jeżeli wystarczająco długo na nie patrzyłam, wpadałam w pułapkę. Wydawało mi się, że mogę też tak wyglądać tylko będąc sobą. Wiem, że to dziwne i niedorzeczne, ale tak to działało. Rzeczywistość biła mnie po twarzy jak tylko patrzyłam w lusterko. Złudzenia? Naiwność? Na pewno. Sama siebie oszukiwałam. A co się teraz zmieniło? Niby nic. Jest inaczej, bo mam krótkie włosy, a wtedy miałam dużo dłużesz. Może odpoczęłam przez ten okres i mam teraz siły, żeby próbować na nowo. Wiem, że nie zmienię tego jak wyglądam, a “zakrywanie się” fajnymi ciuchami nic nie da. Ba, może spowodować odwrotny efekt do zamierzonego. Po co w takim razie to robić? Bo to siedzi w głowie. Nie można się tego pozbyć. To jest wiara. Dlatego ludzie odnoszą sukcesy, bo w coś wierzą. Wierzą, że są silni, mogą dokonywać wielkich rzeczy, wspinać się, nurkować, zwyciężać. Gdyby nie wiara nie byłoby postępu, bo nikomu by się nie chciało angażować. Ja mam chyba troszkę trudniej. Krytyka tego co robię może przynieść wiele szkody. Dlatego takie dziewczyny jak ja ukrywają się, a jeżeli jakaś ma odwagę wyjść tak na dwór… Na pewno się da, ale nie w takiej formie o jakiej ja marzę, czyli o normalnym życiu bez udawania. Ale takie rzeczy to chyba tylko na marsie. Albo na wenus.

Dopiero kilka dni minęło od moje powrotu, a już mam plany związane ze swoim wyglądem. Krótkoterminowe – przekłucie drugiego ucha, regulacja brwi, przycięcie (i malowanie regularne) paznokietków, no i lumpeksy lumpeksy, lumpeksy. Długoterminowe – zapuszczenie troszkę włosków. Tak, wiem. Jednak spróbuję jeszcze raz. Bo jeżeli się nie próbuję to skąd ma się wiedzieć, czy to ma jakiś sens? Potrwa to trochę, bo mi rosną bardzo powoli, no i nie liczę na długie tak naprawdę. Jeżeli dojdą mi do oczu wtedy bedę zadowolona.

Słucham T-Ka. Tylko trzy utwory na Selleband, ale dla mnie coś pięknego.

PS. Powiedziałam mojemu kochanie, że chciałabym żyć w kraju, gdzie nikt nie patrzy na to jak wyglądasz i nikomu nie przeszkadza jak się ubierasz. Więc ona na to, żebyśmy wyjechali gdzieś, gdzie będę mogła zacząć nowe życie, gdzie nikt mnie nie zna i będzie mógł poznać moje prawdziwe ja. Pomysł kapitalny. Tylko gdzie jest takie miejsce?

« Wcześniejsze wpisy Następna strona » Następna strona »