smutki
5 maj 2008 @ (codzienności)
Tags: crossdress, crossdressing, trans, transwestytyzm
Moje kochanie wróciło do domu. Oczywiście wie już, że mam “nawrót”, jednakże jest gotowa wspierać mnie nadal, tak samo jak to robiła ponad rok temu. Kurcze, tyle czasu już minęło. Poddałam się zrezygnowałam, miałam już dość. Może odpoczęłem? Kochanie mówi, że jestem niesamowicie radosna i uśmiechnięta jak dawno nie byłam. Ostatnimi czasy nie układa nam się jeżeli chodzi o pracę i te sprawy, ale powrót do tego kim jestem tak naprawdę w środku wyzwolił we mnie niesamowite pokłady pozytywnej energii, która mam nadzieję wpłynie również na inne dziedziny mojego/naszego życia.
Pokazałam moje zdjęcia, które zrobiłam w weekend. Lekki szok oczywiście i jakoś tak się potoczyło, że zaprezentowałam się ponownie w tym i tamtym :), a przy okazji poprzymierzałam też inne ubrania, między innymi te, które kochanie wzięła ze sobą. Trwało to trochę, bo postanowiłyśmy przy okazji zrobić porządek wśród ciuchów., poukładać, powywalać do prania, lub w ogóle powywalać (moje stare podkoszulki i inne “zbyt duże” ubranie). Mój skarb fajnie skomponował na mnie kilka kreacji, które bardzo mi się podobały. Okazało się, że niektóre ciuchy, które chciała wyrzucić świetnie pasują na mnie i mało tego - super się w nich czuję. Cały czas jednak robi mi się smutno, gdy myślę o tym, że nie mogę tak wyjść z domu. Brakuje mi przede wszystkim tego, że nie mogę nałożyć nic z typowo damskim dekoltem bo będę wyglądać po prostu dziwnie. Byłyśmy dziś razem na zakupach, odwiedziłyśmy kilka sklepów i lumpeksów (i tak skończyło się tylko na kupnie jedzenia). W około nas dziewczyny, a ja w środku czułam jak zwykle coś dziwnego. To wydaje się takie proste - dwie płcie, wszyscy jesteśmy ludźmi, a wszędzie nas takie podziały, które unieszczęśliwiają ludzi. No może nie wszystkich, mnie na pewno. Niektórzy sobie z tym jakoś radzą, akceptują siebie (albo inni ich akceptują). A ja? A cóż mam zrobić? Żyję tak bo nie mam innego wyjścia. Wlele trans czują się dobrze tylko w czterech ścianach. Dla mnie to za mało. Ja chcę być sobą cały czas, a nie tylko wtedy, gdy nikt nie patrzy. Zdaję sobie sprawę, że gdy wyjdę w spódnicy choćby do samej ziemi na dwór może się to skończyć niezbyt fajnie, czy to psychicznie, czy fizycznie. Dlatego też muszę uciekać się do półśrodków - elementy zakamuflowanie (bielizna), ubrania unisex, włosy (marzy mi się grzywka), paznokcie pomalowane lakierem bezbarwnym… No i ten nieszczęsny dekolt, który mógłby naprawdę wiele zmienić. Wzrost też nie pomaga, ani moja twarzy. Kolejny powód dlaczego przed rokiem miałam dość. Po prostu chciałam wszystko albo nic. To, że pomalowałam paznokcie nie zmieniał mnie w piękności, które widziałam, dookoła. Jeżeli wystarczająco długo na nie patrzyłam, wpadałam w pułapkę. Wydawało mi się, że mogę też tak wyglądać tylko będąc sobą. Wiem, że to dziwne i niedorzeczne, ale tak to działało. Rzeczywistość biła mnie po twarzy jak tylko patrzyłam w lusterko. Złudzenia? Naiwność? Na pewno. Sama siebie oszukiwałam. A co się teraz zmieniło? Niby nic. Jest inaczej, bo mam krótkie włosy, a wtedy miałam dużo dłużesz. Może odpoczęłam przez ten okres i mam teraz siły, żeby próbować na nowo. Wiem, że nie zmienię tego jak wyglądam, a “zakrywanie się” fajnymi ciuchami nic nie da. Ba, może spowodować odwrotny efekt do zamierzonego. Po co w takim razie to robić? Bo to siedzi w głowie. Nie można się tego pozbyć. To jest wiara. Dlatego ludzie odnoszą sukcesy, bo w coś wierzą. Wierzą, że są silni, mogą dokonywać wielkich rzeczy, wspinać się, nurkować, zwyciężać. Gdyby nie wiara nie byłoby postępu, bo nikomu by się nie chciało angażować. Ja mam chyba troszkę trudniej. Krytyka tego co robię może przynieść wiele szkody. Dlatego takie dziewczyny jak ja ukrywają się, a jeżeli jakaś ma odwagę wyjść tak na dwór… Na pewno się da, ale nie w takiej formie o jakiej ja marzę, czyli o normalnym życiu bez udawania. Ale takie rzeczy to chyba tylko na marsie. Albo na wenus.
Dopiero kilka dni minęło od moje powrotu, a już mam plany związane ze swoim wyglądem. Krótkoterminowe - przekłucie drugiego ucha, regulacja brwi, przycięcie (i malowanie regularne) paznokietków, no i lumpeksy lumpeksy, lumpeksy. Długoterminowe - zapuszczenie troszkę włosków. Tak, wiem. Jednak spróbuję jeszcze raz. Bo jeżeli się nie próbuję to skąd ma się wiedzieć, czy to ma jakiś sens? Potrwa to trochę, bo mi rosną bardzo powoli, no i nie liczę na długie tak naprawdę. Jeżeli dojdą mi do oczu wtedy bedę zadowolona.
Słucham T-Ka. Tylko trzy utwory na Selleband, ale dla mnie coś pięknego.
PS. Powiedziałam mojemu kochanie, że chciałabym żyć w kraju, gdzie nikt nie patrzy na to jak wyglądasz i nikomu nie przeszkadza jak się ubierasz. Więc ona na to, żebyśmy wyjechali gdzieś, gdzie będę mogła zacząć nowe życie, gdzie nikt mnie nie zna i będzie mógł poznać moje prawdziwe ja. Pomysł kapitalny. Tylko gdzie jest takie miejsce?
Petra Ika powiedział(a),
12 maj 2008 @
Chyba nie ma TAKIEGO miejsca. A może jest, tylko poza naszym zasięgiem. A może to miejsce jest przy naszych Kochanych i Wspierających ? Nie wierzę zbyt w kulturę ulicy. Poznałam ją dość dobrze.
Wsparcie tej najbliższej osoby-to skarb. I cały przyjazny świat. Ja żyję w takim świecie…szczęściara po pięćdziesiątce. I Ty żyjesz.
narczeska powiedział(a),
12 maj 2008 @
A ja wierzę, że takie miejsce jest. Może nie Tajlandia, ale wystarczy wybrać się troszkę dalej za wschodnia granicę, aby odnaleźć jakiś spokojny zakątek. Z kochaniem przy swoim boku oczywiście.
Kilka lat temu spędziłam trochę czasu za granicą (UK) i na jednej z głównych ulic miasta zobaczyłam transkę - wysoka, 2-dniowy zarost (pewnie taki co to się pojawia w godzinę po ogoleniu i nic nie można już z tym zrobić), może ze 30 lat, ale ubiór jak najbardziej kobiecy (pomijam figurę). Nikomu nie wadziła, nikt się na nią nie oglądał, zachowywała się normalnie jak gdyby nigdy nic. Żyła swoim życiem. Jedynymi, którzy z niej szydzili i śmiali się to Polacy. Przykre to było bardzo, szczególnie gdy szłam z taką grupą razem. Jesteśmy wszędzie i chyba ciężko znaleźć takie miejsce na świecie, aby od czasu do czasu nie usłyszeć polskiego języka. Summa sumarum wymarzone przez nas miejsca istnieją tak naprawdę w naszej głowie. Nie przejmujmy się uśmieszkami i komentarzami, zamknijmy się na nie. Bądźmy sobą i żyjmy jak chcemy tam, gdzie nikomu nie przyjdzie do głowy zrobić nam krzywdę tylko dlatego, że wyglądamy inaczej. W Polsce nie jest to łatwe, jeżeli nie powiedzieć niemożliwe. Jeszcze nie teraz.
joycat powiedział(a),
15 maj 2008 @
Powodzenia - trzymam za Ciebie Narczeska kciuki. Najważniejsze: bądź sobą. Pozdrowienia, joy.