again and again do it again…

Jest już późno. Siedzę sobię w koszuli nocnej przed komputerem i zastanawiam się, co chciałam napisać. Ze mną zawsze tak jest, że w głowie kłębi mi się tysiące myśli i wiem jak co chciałabym przekazać, ale jak zasiadam do klawiatury to jakoś zawsze ciężko mi zacząć.

Wybrałyśmy się dziś na spacer. Właściwie bez celu postanowiłyśmy się poszwędać. Wymyśliłam sobie trasę wąwóz -> ścieżka rowerowa -> Park Ludowy. Do tego doszło jeszcze miejsce kultu nastolatek, czyli Plaza, która otwarta dla wiernych 7 dni w tygodniu przyciąga jak magnez. Zapewne gdyby była otwarta dwadzieścia cztery godziny na dobę dziewczyny w ogóle by nie spały, co jak wszem i wobec wiadomo na urodę za dobrze nie działa. Spacerek był fajny, gdyby nie to, że przed samym wyjściem troszkę pokropiło i zebrały się ciemne chmury, a że nie chciałyśmy w domu siedzieć, więc ubrałyśmy się cieplej, znaczy się zrzuciłam już założone sandałki ;), nałożyłam “adidasy”, na górę koszulkę z długim rękawem i lecimy. Po 15 minut wyszło słońce, chmury zniknęły i zaczęłyśmy się gotować. Udało mi się jakoś zrzucić długi rękaw i zostać w samym krótkim, ale stopy mi płonęły. No w każdym razie nie mam zamiaru pisać o każdym kroku, jaki zrobiłyśmy podczas tej wyprawy. Chodzi o to, że jestem “obserwatorką” – patrzę i się nie odzywam, tylko analizuję (to ponoć cecha skorpionów). Zawsze jak gdzieś wychodzę obserwuję innych. Jak się łatwo domyślić głównie dziewczyny – jak są ubrane, jakie mają włosy, makijaż itp. Możecie mi wierzyć albo nie, ale jest to w sumie dosyć dołujące. Szczególnie teraz, gdy zrobiło się tak ciepło i dokoła krótkie spodenki, spódniczki, duże dekolty (co ja bym dała, żeby móc założyć chociaż bluzkę z dekoltem, a mam kilka naprawdę fajnych). Do tego oczywiście na większości stóp balerinki. Tylko ja w adidasach. Mam przez to wszystko takie uczucie, że zabrano mi coś, co było tylko moje, ale ktoś uznał, że mi się nie należy i tyle. Że to przecież normalne, żeby chodzić w spódnicach i sukienkach. Gdybym wyszła ubrana w ten sposób czułabym się najnormalniej na świecie, tylko coś oczywiście byłoby nie tak. Wydaje mi się, że chodzi o moje ciało, które nie pasowałoby do takiego stroju. Nie, nie jestem transseksualistą, chociaż przez te ograniczenia i wewnętrzną ogromną potrzebę bycia tym kim chcę, wydaje mi się czasami, że jestem w niewłaściwym ciele. Ale tylko czasami. Gdyby dano mi wolność ubierania się myślę, że byłoby mi dobrze ze wszystkim. Pomimo wzrostu nie krępowałabym się niczym, zapuściłabym włoski, zrobiła sobie grzywkę, malowała paznokcie na ciemne kolory, do tego makijaż. No i byłoby idealnie. A propos widziałam kilka dni temu w markecie kobietę wysoką, na obcasie, nie brzydką, a do tego z figurą. Czyli, że się da. Oczywiście, że się da, skoro się jest kobietą. Nie? No tak. W moim przypadku pomimo jako takie figury, po której nie koniecznie ktoś by się zastanawiał “o co chodzi” mam twarz, która rzuca się w oczy. Jeden mały szkopuł, który rujnuje wszystko. A miało być tak pięknie… Ehhh. No nic. Summa sumarum tego przydługiego akapitu jest takie, że wśród tylu ładnych dziewczyn, w dużej większości ubranych tak jak mogę sobie tylko pomarzyć, można dostać zwyczajnego świra i się zastanawiać, o co chodzi. Czy ktoś tam gdzięś na górze się pomylił? A może coś odbiło społeczeństwu narzucając takie, a nie inne normy społeczne. A propos miałam w sumie napisać o czymś jeszcze, ale to w następnym akapicie.

Ostatnio trafiłam na pewien artykuł w Gazecie, który mnie trochę zbulwersował. Otóż tyczy się on kilku crossdresserek, które żyją w związku małżeńskim, natomiast ich żony nie mogą się z tym wszystkim odnaleźć. Artykuł okazał się tendencyjny, nieobiektywny, stronniczy i nie wiem już jakich innych słów użyć. Autor nie tylko opisał kilka przypadków tak naprawdę skrajnych, ale przedstawił transki tak, jakby wszystkie były takie. Trochę mnie to poruszyło, bo mój związek na pewno tak nie wygląda. Wciąż wkurzona zajrzałam do komentarzy. Było ich sporo i trochę czasu zajęło mi przeczytanie wszystkiego. Nie chciałam już nic dopisywać tam od siebie, szczególnie że dyskusja zakończyła się kilka dni temu. Chciałam natomiast tutaj u siebie napisać kilka zdań co o tym wszystkim myślę. Autorzy komentarzy przede wszystkim przerazili mnie swoją głupotą i nietolerancją. Oczywiście przyjęli, że wszystkie transki to podli faceci, którzy wiążą się z kobietami, biorą ślub, płodzą dzieci, a następnie przyznają się, że są tacy a nie inni, każą siebie akceptować i nie dyskutować “bo tak jest i już się nie zmienię” i dodatkowo olewają wszystko siedząc po 2 godziny przed lustrem i wydając całą kasę na kiecki, nie przejmując się w ogóle żoną i wierząc, że nie odejdzie ze względu na dziecko/dzieci. Uffff. Aż się we mnie zagotowało. Zapewne większość uważa jeszcze, że są gejami (oczywiście użyli by innego określenia), pedofilami (padło to słowo przynajmniej raz w komentarzach), lub też robią to tylko w celach samozaspokojenia seksualnego. Kilka (genetycznych) kobiet zdominowało dyskusję wytykając transkom, że bycie kobietą to coś więcej niż ubranie. To emocje, uczucia, wagina (!!!) i ciągłe poczucie zagrożenia gwałtem gdy się wychodzi z domu (sic!). Ok, ok. Ja nie chcę być kobietą. Nawet jakbym chciał to nigdy nią nie będę nawet po tysiącach operacji. Jestem estetą i kocham wszystko co piękne. Potrafię siedzieć przed cudownym obrazem, zachwycać się symfonią Mozarta i zatracić się w krajobrazie z zachodem słońca. A kobieta jest ucieleśnieniem piękna, które mnie szczególnie fascynuje i przyciąga. Tak bardzo, że sama chciałabym być częścią tego piękna, dużo bardziej niż przed obrazem, słuchając muzyki czy oglądając widoczki. Bo wydaje mi się, że mogę (chociaż wielu stara się pokazać, że jednak nie). Nie tylko kobieta jest piękna, ale wszystko co z nią związane, czyli na przykład ubrania dużo dużo dużo fajniejsze niż męskie (nawet można rzec – bez porównania), fryzury, czy też ozdoby. Kiedyś był wyraźny podział na role damskie i męskie. Zatraciło się to w dosyć dziwny sposób. Kobiety przejęły praktycznie wszystkie męskie elementy i zaimplementowały je u siebie pozostawiając facetom to co cały czas mieli. Ja rozumiem, że na kobiecie i to szczególnie ładnej wszystko dobrze wygląda, ale same mając właściwie “wszystko” nie pozwalają nam transkom korzystać z ich dobrodziejstw. Mało tego – bulwersuje je to. Rozumiem facetów, których może to razić bo przyzwyczajeni do kobiety w sukience, nagle widzą coś pomiedzy mężczyzną a kobietą w tej sukience (w większości bliżej tego pierwszego). Nie chcąc stracić swojej męskości odrzucają to w obawie o bycie potraktowaniem jako gej. A przecież nie o to chodzi, żebyśmy były podrywane wychodząc tak ubrane z domu. Chodzi tylko wyłącznie o akceptację. Przecież nie robimy nikomu krzywdy. Jeżeli ktoś twierdzi, że mu się niedobrze robi na taki widok to może sam nie powinien wychodzić z domu, bo komuś innemu może się niedobrze robić na widok anorektyczki, komuś innemu na widoku otyłego człowieka, komuś jeszcze widząc człowieka na wózku, a jeszcze dla innego dziewczyna w leginsach będzie czymś okropnym (nie wspominając już o “dresach”). Tolerancja to jedyne słowo jakie mi przychodzi na myśl. I jeszcze miłość bo “all you need is love” jak śpiewali The Beatles, bo między mną i moim skarbem jest właśnie taka miłość, dzięki której akceptacja przychodzi z taką łatwością, że nie trzeba się już niczym martwić i można żyć tak jak się chcę. Oczywiście “biorąc” i “dając” po równo.

A ostatnio zachywacam się The Bird And The Bee w fajowym teledysku. Piosenka chodziła dziś za mną cały dzień (stąd też ten tytuł).

Komentarzy: 4

  1. Xan powiedział

    20 maj 2008 @ 2:05 pm

    Magnez się łyka. A magnes przyciąga :D
    Tak, tak. Potwierdza się moje zdanie o kobietach. W się nie ubieracie dla mężczyzn. Ubieracie się dla innych kobiet. Dla mężczyzn co najwyżej się rozbieracie ;p
    ergo… fajny sznurek myśli, fajna galeria na DA, szkoda tylko, że nie boisz się pisać o sobie, a w galerii permanentnie obcinasz głowy o.O
    Tak czy owak, fotki masz całkiem ciekaw ^^.

  2. narczeska powiedział

    20 maj 2008 @ 4:32 pm

    W kwestii ubierania się to chyba jest to sprawa indywidualna. Wydaje mi się jednak, że przede wszystkim ubieramy się dla samych siebie. Ja nie robię tego dla kogoś innego, szczególnie obcego, a cieżko mi się wypowiadać za innych/inne. A w sumie skąd wniosek, że kobiety ubierają się dla innych kobiet?
    Odwaga przejawia się na różne sposoby. Łatwiej jest napisać, bo wtedy ujawnia się tylko to co chce, a zdjęcia oddają rzeczywistość i nie da się już nic zmienić. Można tylko obciąć to czego się nie chce pokazać. Niestety…

  3. Kinga_Taruc powiedział

    29 czerwiec 2008 @ 10:52 am

    Hej,

    Wczoraj trafiłam tutaj na tego bloga i mi się spodobał. Fajnie piszesz, tak jakby wprost z umysłu, bez żadnego pośrednictwa jakiejś świadomości. Ładnie się to układa w taki sympatyczny myślotok ;)

    Też widziałam tą dyskusję o transach i też mnie zbulwersowała. Z tym, że ja postanowiłam coś od siebie napisać, specjalnie nawet założyłam sobie konto na portalu. Trochę tam popolemizowałam, aż w końcu dowiedziałam się, że kobiecość to tylko i wyłącznie wagina (sic!) no i argumenty się skończyły. Nie zgadzam się z poglądem, że kobiecość to wagina i już. Ale jeśli genetyczne tak myślą, no cóż… to trochę przykre.

    W tej dyskusji wziął nawet, nie wiem czy widziałaś, Antyfacet, który wprowadził do niej trochę porządku, zebrał wszystko w całość i podsumował. A po jakimś czasie wszystko zamarło. Myślę, że ogólnie to wyszło “na nasze”.

    Życzę konsekwencji w prowadzeniu bloga i wytrwałości, bo ja osobiście mam z takimi rzeczami duże problemy.

    Pozdrawiam,
    Kinga

  4. Kinga_Taruc powiedział

    29 czerwiec 2008 @ 10:53 am

    P.S.
    Jeśli nie masz nic przeciwko temu, to dodam linka na swoim blogu, prowadzącego do Ciebie.


Napisz komentarz